sobota, 21 czerwca 2014

Wypadek cz. 3

Już nie był taki sam. To już nie był on.  Nawet nie wiem czy mnie poznał.
Szybkim krokiem przemierzyłam metry dzielące mnie od samochodu. Kule rzuciłam przy kołach i nie obchodziło mnie co z nimi będzie. Mogą tam nawet zostać. Widziałam zbliżających się rodziców. Mieli zmartwione miny... Pewnie tego się spodziewali. Gdy tylko otworzyli drzwi, przeczuwałam rozmowę, której wolałam uniknąć.
-Wysłuchaj mnie! - widziała, że chcę przerwać - To nie jest takie proste. Weterynarz przyjeżdża dwa razy dziennie, Dukat ma najlepszą opiekę. Staramy się jak możemy. On, nie daje sobie pomóc. W końcu to tylko zwie... - już nie mogłam dłużej tego słuchać. Jak ona mogła?!
-Jedźmy już.
Czy nie rozumieli, że Dukat był kimś więcej niż tylko zwierzęciem. To okropne. 
Tak, jakby mnie obraziła. Od zawsze mama uważała, że jazda konna jest bezsensowna.
Mimo tego za wszystko płaciła i co najważniejsze, cieszyła się z moich osiągnięć. A ojciec? On siedzi w pracy... Ciągle. 
Od rana do wieczora. Za dużo to go nie obchodzi. Teraz, po wypadku, spędza kilka godzin więcej w domu.
Widziałam tylko, jak żegnali się z weterynarzem i stajennymi. Po chwili byli w aucie, a ja zwróciłam swój wzrok na moje palce. Wydawały się w tamtym momencie, takie interesujące. Cieszyłam się z jednego : rodzice nie zamierzali podejmować rozmowy. Najchętniej pobiegłabym teraz, gdzieś daleko stąd. Nawet o kulach,  chociażby z protezą.
Mam dość już tych wszystkich przemyśleń. To po prostu automatyczne. Ktoś mógłby wymyślić coś typu włącznik na myślenie. Nie zawsze jednak, dostaje się to co się chce.
Droga dłużyła się okropnie. Drzewa, krzewy i cała zieleń za oknem, zlewała się w jedno. 
Niebo, lekko zachmurzone, raziło niezmiernie. Wszystko mi dzisiaj przeszkadzało. Powinnam wziąść się za siebie. Tyle, że jak? Od czego zacząć... Teraz nie chce zaprzątać sobie głowy.
Gdy nareszcie wyjechaliśmy do garażu, poczekałam grzecznie na tatę. Nie obdarzając, jednak ich ani jednym spojrzeniem weszłam do swojego pokoju.  Miałam nadzieję, że pójdą do pracy i dadzą mi spokój. Mogą robić co chcą, mnie to nie obchodzi. Jednak,  to co wymyśliła mama... 
Przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
-Córeczko, pomyślałam sobie, że potrzebny WAM psycholog.-co? Mam się śmiać? - zanim odpowiesz... To nie jest zwykły psycholog. To zaklinacz koni. Wiem to dziwnie brzmi. 
Ale on, jako jedyny może wam pomóc. Nie mamy do niego blisko. Ale on pomorze. Ja w to wierzę.
-A może ja w to nie wierzę. I co my tam będziemy robić? Nawet nie ma szans, że tam pojadę.
-Chociaż spróbuj. Jeśli coś będzie nie tak, to wrócimy. Tata dojedzie później, a wtedy... - znam to skądś.
-Znowu ma pilne sprawy do załatwienia, tak?
-Wiesz jak to jest. Przygotuj się, jutro po południu wyjeżdżamy. - i wyszła.
Czy ja dobrze usłyszałam? Jutro wyjeżdżamy... Ale gdzie?! Czy ona mnie w ogóle słucha. 
To jest jakieś chore. To nie ja mam problemy, tylko oni. I jeszcze ta praca ojca. Uch, jeśli myśli, że uwierzę w tę bajeczkę, to się grubo myli. Od dawna wiedziałam, że zdradza mamę. 
Tylko nie chciałam jej nic mówić. A szczególnie, nie teraz. Pewnie znowu wymyślił "konferencję". 
Niech sobie jedzie, proszę bardzo. Potem, niech nie liczy na mnie.
Postanowiłam, że skoro jest i tak wcześnie, to poczytam książkę. Tylko od której zacząć... 
No wiecie, teraz każdy mi kupuje książki, bo nie mogę nic innego robić. Wybrałam pierwszą lepszą i zagłębiłam się w lekturze. Zawsze czytając, wyobrażałam sobie, że to ja jestem na miejscu bohaterki. Miałam tak automatycznie. Nawet nie wiem kiedy się ściemniło. Postanowiłam, że skoro mam wcześniej wstać, położę się spać już teraz. Umyłam się i przebrałam w piżdżame. 
Okryłam się tylko kocem, bo było gorąco. Już po chwili, Od płynęłam w krainy morfeusza.
Rano zostałam obudzona, przez mamę. Ojca, oczywiście już nie było. Smakowałam się w dużą torbę i zeszłam na śniadanie.
-Mogę wiedzieć gdzie jedziemy?-starałam się, aby mój głos zabrzmiał normalnie.
-Jedziemy na zachód stanów.
Strasznie wyczerpująca odpowiedź. No to super. Na zachodzie jest gorąco. Wcale bym się nie zdziwiła, gdybyśmy pojechały do jakiegoś kowboja. Gdy już byłyśmy w zapakowanym samochodzie, zastanowiło mnie to, czy Dukat (lub to co z niego pozostało) jedzie z nami. Musiałybyśmy wynająć przyczepę. Jednak, kierunek który wszystko wyjaśnił. Dojechałyśmy do stajni, od tył. Tam właśnie znajdował się Dukat. I tam właśnie zauważyłam przyczepę. 
Próbowali wprowadzić do niej mojego konia. Nie wiem jak chcą to zrobić. Od zawsze, tylko mnie dawał się wprowadzić do środka. Wszyscy o tym wiedzieli. Nie chciałam dłużej na to patrzeć, więc odwróciłam wzrok w drugą stronę. Przeczekałam w tej pozycji, póki nie poczułam, że samochód rusza. To oznaczało, że przyczepa doczepiona... A ja ruszam w drogę, pełną trudności.

"Myśli i czyny - nie idą ze sobą w parze."

*******************************************************************************
I już trzecia część opowiadania. Spodziewajcie się jeszcze czterech lub pięciu ;)
~ola





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy